czwartek, 8 września 2016

Gion Matsuri (祇園祭り) część 2 - paradne wozy na Sakimatsuri 1/2

Poprzednim razem pisząc o Gion Matsuri - festiwalu poświęconym szintoistycznemu bogu Susanoo i obchodzonym w Yasaka Jinja w Kioto, opisałam początki, a także współczesny wygląd obchodów. Wspominałam też o tym, że każda z paradnych platform wykorzystywanych 17 i 24 lipca ma własną nazwę oraz historię, którą opowiada. Według mnie są one bardzo ciekawe, więc dzisiejszy artykuł poświęcę właśnie opisaniu ich.

Zacznijmy od 23 wozów, które uczestniczą w Sakimatsuri Yamahoko-Junkou (前祭山鉾巡行).



1. NAGINATA HOKO (長刀鉾)


wieczór przed procesją - wozy stoją na ulicach, gdzie można je podziwiać i nawet wsiąść do niektórych, na tych większych siedzą muzycy, grający tradycyjną muzykę
Nazwę tej platformy można przetłumaczyć, jako "platforma typu włócznia z długą włócznią naginata" i jak można się domyślić - wzięła się od tego, że do dachu jest przytwierdzona długa włócznia. Ze względu na swój imponujący wygląd jest jedną z najbardziej znanych. Naginata na wozie została wykonana przez sławnego kowala Sanjou Kokajiego Munechikę (三条 小鍛冶 宗近) żyjącego w starożytnym okresie Heian, a którego miecze nosili najsławniejsi przywódcy Japonii (klan Ashikaga, Toyotomi, Tokugawa). Na podstawie jednej z legend krążących o nim powstała nawet sztuka Noh. Niektórzy wieżą, że starożytna naginata z tej platformy ma mistyczne i leczące właściwości.

Jest to jedyna platforma, która nie uczestniczy w Kujitori-Shiki (くじ取式), czyli losowaniu kolejności przejazdu wozów, bo tradycyjnie zawsze rusza, jako pierwsza. Jest też jedyną, na której podczas parady jedzie prawdziwe chigo (稚児), czyli dziecko-symbol festiwalu.
NAGINATA HOKO w całej swojej długiej okazałości


NAGINATA HOKO podczas parady z jadącym chigo - strojnie ubranym dzieckiem z białą twarzyczką, złotych szatach i stroikiem z feniksem na głowie. Po prawo i lewo od niego stoją dwaj chłopcy - kamuro - czyli służący chigo.

2. ARARETENJIN YAMA (霰天神山)
Na przedzie platformy możemy oglądać gobelin przedstawiający greckie nimfy.
Jeden z mniejszych wozów, wygląda jak mały chram. Jego nazwę można przetłumaczyć, jako "platformę boga piorunów/ nieba i gradu, bądź Tenjin od gradu" (chociaż jest to bardzo wolne tłumaczenie). 

Tenjin jest jednym z najbardziej znanych bogów Japonii, które postać niektórzy znają np. z anime Noragami. Bóstwo to jest deifikowaną postacią Michizane Sugawary - poety z dworu Heian. I chociaż jego boskie imię ma znaczenie podobne do Raijina, czyli bóstwo nieba/piorunów to Tenjin patronuje jednak nauce, kaligrafii i poezji. Drzewem poświęconym mu są śliwy, a jego świętym zwierzęciem jest wół.

Nazwa Araretenjin wzięła się stąd, że na początku XVI wieku Kioto nawiedził ogromny pożar, który niemal całkowicie strawił miasto. Jednakże niespodziewanie z nieba spadł grad, który powstrzymał ogień. Wśród gradowych kul została odnaleziona figura Buddy, która została poświęcona i teraz zamieszkuje ten wóz, jako cenny strażnik kiotyjskiej społeczności.

Wóz cudem przetrwał pożary 1788 r. i 1864 r., dlatego amulety, które są sprzedawane przy stoisku z tą platformą chronią przed pożarami i błyskawicami. 


Za platformą podąża skrzynia ze skarbami. Oczywiście jest oznaczona symbolem Tenjina - kwiatem śliwy.


3. HAKURAKUTEN YAMA (白楽天山)

Nazwa tej platformy odnosi się do imienia chińskiego poety żyjącego za czasów dynastii Tang. Scena na niej ukazana ukazuje owego Hakurakutena (772-846 r., chiń. Ch'an) podczas rozmowy z mistrzem zen o imieniu Dorin (741-824 r., chiń. Daolin). 

Dorin słynął z ekscentryzmu tak charakterystycznego dla zen. Jednym z jego specyficznych zwyczajów było siadywanie na sośnie, co widać na platformie (mnich w fioletowym stroju). Trzyma on też buddyjski różaniec oraz miotełkę z końskiego włosia. Tymczasem Hakurakuten był płodnym poetą, który oprócz z napisania wielu utworów, słynął także ze swoich kontaktów towarzyskich i świadomości społecznej. W starożytnych Chinach poeci na równi parali się nie tylko pisaniem wierszy, lecz również filozofią. Dlatego dwaj panowie spotkawszy się, rozmawiali o podstawach wiary buddyjskiej.

-Jaka jest podstawa wiary buddyjskiej? -zapytał poeta Dorina.
-Nie popełniać zła i spełniać dobre uczynki! -odparł pewnie mnich.
-To wie, nawet trzyletnie dziecko! -obruszył się Hakurakuten, który spodziewał się poważniejszej odpowiedzi.
-Każde trzyletnie dziecko wie, ale nawet osiemdziesięcioletni starzec nie potrafi tego dokonać -odparł Dorin, a Hakurakuten zaakceptował mądrość płynącą z tej odpowiedzi, ukłonił się i odszedł.

Platformę tą udało się uratować i przywrócić do świetności po pożarach w 1788 r. i 1864 r., co ukazuje determinację wspólnoty chounai, która się nią opiekuje (wiele platform nie zostało odrestaurowanych).


4. ASHIKARI YAMA (芦刈山)
Piękny gobelin z lwem na przedzie wozu prawdopodobnie przywędrował do Japonii z zachodu Jedwabnym Szlakiem.
Jest to mała platforma poświęcona utworowi o tytule "Ashikari", stąd też nazwa wozu. Sztuka ta została napisana przez sławnego dramatopisarza teatru Noh Zeamiego tworzącego w XIV-XV w. Podobno sam Zeami uczestniczył w kiotyjskim Gion Matsuri, a jego sztuka była wystawiana na platformie, jak na scenie zanim aktorów zastąpiono poświęconymi figurami.

Sztuka ta opowiada historię małżeństwa, które musiało się rozstać. Ona poszła szukać zatrudnienia w pałacu cesarskim w Kioto, on znalazł niedochodową pracę w Osace przy produkcji mat i rolet z nadrzecznych trzcin. Scena uwieczniona na platformie ukazuje go w czasie ścinania trzcin, gdy po trzech latach rozłąki zostaje odnaleziony przez stęsknioną żonę. Jest w niej radość z ponownego zjednoczenia, ale też smutek, bo mężczyźnie nie powodzi się najlepiej. Jednak koniec historii jest szczęśliwy, gdyż razem wracają do Kioto.

Na platformie możemy zobaczyć miniaturową bramę torii, sosnę, a także trzciny odnoszące się do historii. Figurę "męża" chroni piękny, czerwony parasol. Sama rzeźba jest o tyle ciekawa, że jej oryginalna głowa została najprawdopodobniej wykonana przez przedstawiciela szkoły Kei rzeźbiarstwa buddystycznego o imieniu Ko-un i powstała ok. 1537 roku. Strój, jaki nosi jest też najstarszym kimonem wykorzystywanym podczas festiwalu i pochodzi z XVI w. Obydwie rzeczy zastąpiono replikami ze względu na ich status Ważnego Narodowego Dziedzictwa, ale można czasami zobaczyć i oryginały. 

5. KANKO HOKO (函谷鉾)
Platforma ozdobiona wieczorem przez latarnie


Wygląda równie imponująco, co przy Naginata Hoko.
Kształty na "włóczni" ukazują księżyc i góry i
symbolizują ciemność w górach.
Kanko Hoko tradycyjnie jest drugą z hoko, które pojawiają się na paradzie. Pomiędzy nią a Naginata Hoko jednak mogą przejeżdżać platformy yama. Opiekunowie tej platformy wykazują się znacznie dalej idącą tolerancją, niż ci troszczący się o Naginata Hoko. Wiąże się to m.in z dopuszczeniem uczestnictwa kobiet, które dbają o Kanko Hoko już od dwóch dziesięcioleci (wcześniej zakazane to było, aż przez 300 lat).

Nazwa tej platformy znowu przenosi nas do starożytnych Chin, a dokładniej do strażnicy na Wielkim Murze nazywanej po chińsku przełęczą Hangu (chiń. 函谷關). Jak widać są te te same znaki, jak w nazwie wozu, ale mają one japońskie czytanie. Miejsce to sławne było ze względu na swoje położenie oraz niebanalne historie, które rozgrywały się w jego murach. Jedną z najbardziej znanych jest opowieść o Laozi, który podróżował przez przełęcz i zatrzymawszy się w Hangu spisał swoje przemyślenia w Księdze Drogi i Cnoty, która stała się podstawą taoizmu.

Jednak Japończycy odnoszą powstanie Kanko Hoko do innego zdarzenia, a dokładniej do osoby sławnego, chińskiego polityka Moshokuna (孟嘗君, po chiń. Meng Chang), który żył w III w. p. n . e. Był on lordem prowincji Qui oraz Wei, a także jednym z czterech współzawodniczących przywódców podczas wojny domowej. Pewnego razu podczas sytuacji życia i śmierci musiał przejść przez fort w Hungu. Jako, że był człowiekiem, który doceniał nawet nietypowe talenty ludzi, kiedyś przygarnął pod swoją opiekę człowieka, który idealnie naśladował głos piejącego koguta. Dzięki tej zdolności udało się zmylić straże, które miały otworzyć wrota o świcie (anonsowanym przecież kogucim pianiem) i w nocy umknąć tamtędy, wydostając się na wolność. Dlatego nie tylko figura Moshokuna, ale też para kury i koguta są czczone na tym wozie.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z kolejnym chigo, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się - okazuje się, że figurka w strojnych szatach to jednak lalka. Na przedzie tej hoko znowu mamy europejski gobelin.
6. MOSO YAMA (孟宗山)
Uczony Moso w tradycyjnym chińskim kostiumie, trzymający pędy bambusa i oprószony śniegiem.
Znana również pod nazwą Takenoko Yama (筍山), czyli "platforma młodych pędów bambusa". Obydwie nazwy odnoszą się do chińskiej legendy o sławnym uczonym o imieniu Moso (jap. 孟宗, chiń. Meng Zhong), który żył ok. III w.p.n.e. Kiedy jego matka zapadła na zdrowiu, postanowił trochę ulżyć jej w cierpieniu i przygotować jej ulubione danie z pędów bambusa. Był to środek zimy, więc było to zadanie z góry skazane na niepowodzenie, jednak Moso uparcie brnął przez śnieg. Podczas tych wyczerpujących poszukiwań upadł na ziemię. Zrezygnowany zapłakał nad losem swoim i matki, która najwyraźniej była umierająca, a on nie mógł spełnić jej ostatniego życzenia. Wtedy też w cudowny sposób, gdy łzy jego spadły na ziemię, odnalazł upragnione pędy. Uradowany ugotował z nich ulubioną potrawę rodzicielki, a ona w magiczny sposób ją uzdrowiła. Morał oczywiście jest taki, że szczęśliwe zakończenie było możliwe dzięki zaangażowaniu i oddaniu Moso.

Jest to kolejna platforma, która ukazuje wpływ, jaki miał konfucjanizm na japońskie społeczeństwo.


Kolejny międzynarodowy element - tym razem wielbłądy podczas przemierzania pustyni.
7. SHIJOKASA HOKO (四条傘鉾)
Dzieci tańczące i grające na instrumentach przed Shijoukasa Hoko.

Nazwa tej platformy odnosi się do miejsca, skąd pochodzi, czyli Czwartej Aleji (jap. 四条shijou), a w całości "parasol z Czwartej Aleji". Niektórzy badacze uznają, że to była jedna z form w trakcie ewolucji platform, która pochodzi z okresu Muromachi (1337-1573 r.) Według tych samych badaczy wszystkie wozy prawdopodobnie zaczynały, jako święte włócznie i zmieniały się z czasem, zyskując nowe elementy, aż osiągnęły współczesną, bardzo bogatą postać.

Shijoukasa Hoko, którą możemy podziwiać pochodzi z XV w., lecz została odnowiona w 1985 r. Powróciła do festiwalowego repertuaru po 117 latach nieobecności. Jej historia jest dość tajemnicza. W 1872 r. zaginęła, a w żadnych dokumentach nie pojawia się wyjaśnienie, dlaczego. W 1864 r. wielki pożar zniszczył dużą część platform, ale nie wiadomo, co się działo z nią w tamtym czasie. W 1975 r. chotai opiekujący się tą platformą postanowili przywrócić ją do festiwalu i po wielu latach szukania, zbierania funduszy itd. w końcu się udało i możemy oglądać ją w tradycyjnym kształcie. Ma wygląd japońskiego parasola ozdobionego świętym papierem i sosnowym drzewkiem. Jest zbyt mała, by ktokolwiek na niej jechał, więc uczestnicy parady w kostiumach defilują, idąc po jej bokach. 

Najciekawszym elementem Shijoukasa Hoko jest uczestnictwo dzieci. Dwaj chłopcy ubrani w jasnoniebieskie stroje i "niedźwiedzie peruki" dzierżąc kije, wykonują taniec bō shibari. Tańczą w takt oryginalnej muzyki wykonywanej prze sześciu innych chłopców na różnych instrumentach perkusyjnych, np. małych bębenkach. 

8. KAKKYO YAMA (郭臣山)



Kolejna historia z konfucjańskimi korzeniami. Tym razem uczy ona szacunku do osób starszych -podstawowej wartości w konfucjanizmie, bowiem starszyzna (tak, Wasi rodzice, dziadkowie i babcie) to osoby, które noszą w sobie doświadczenie i mądrość dekad. Przymioty, które my też nabędziemy z wiekiem, ale z tego względu, że oni je już mają, a my nie - należą im się szczególne względy.

Kakkyou (chiń. Guo Ju ) był biednym Chińczykiem, którego rodzina cierpiała głód (to ten w granacie - Was też dziwi, dlaczego głodujący biedak wygląda tak bogato? :P). Zdesperowany postanowił poświęcić własnego synka, aby zapewnić więcej jedzenia starszej matce. Kopiąc grób dla dziecka, znalazł garniec ze złotem - nagrodę za poświęcenie, którego chciał dokonać (bardzo pouczające =.=). Scena z platformy ukazuje szczęśliwe zakończenie, gdy ojciec i syn mogą się ponownie spotkać i żyć razem.

Ciekawe jest to, że do naszych czasów w Chinach istnieje grób Kakkyou, do którego Chińczycy odbywają pielgrzymki. Jest ona częścią Świątyni Obowiązkowego Syna w Yiwu w Chinach (co zabawne - jest to miasto partnerskie polskiego Jaworzna ^.^)

Najstarsze ozdoby na tej platformie pochodzą z XVII-XVIII w. i można je poznać po wypłowiałych, zbrązowiałych kolorach. Jest też jedyna platforma posiadająca dach.

9. TSUKI HOKO (月鉾)


Kolejna platforma, na której zamiast chigo jedzie lalka.
Nazwa "księżycowa platforma" odnosi się do małego sierpa księżyca na szczycie włóczni, a wóz poświęcony jest japońskiemu bóstwu księżyca Tsukiyomi no Mikoto. Jest to jedno z trójki rodzeństwa i brat Susanoo - głównego bóstwa opiekuńczego całego festiwalu. Można zauważyć, że japońska mitologia staje w opozycji do europejskiej, gdyż w mitach greków i rzymian to księżycowi patronuje bóstwo żeńskie, a słońcu męskie. W Japonii władczynią słońca, a jednocześnie Wysokiej Równiny Niebios jest Amaterasu Ookami.

Tsukiyomi no Mikoto jest bóstwem księżyca, ale też ma związki z wodą - co zapewne tłumaczy różne wodne motywy dekoracyjne na platformie. W środku wozu w sosnowym drewnie jest figura bóstwa.

Na szczęście święty wóz przetrwał wszelkie pożary wstrząsające Kioto, m.in ten z 1864 r., gdy zostały zniszczone np. Ayagasa Hoko, czy Ofune Hoko. Jest też jednym z najstarszych, biorących udział w paradzie i posiada ogromną kolekcję skarbów.

Na szczególną uwagę zasługuje pięknie malowany sufit we wnętrzu platformy, który wykonał osiemnastowieczny artysta Okyo Maruyama (1733-1795 r.). Są to rośliny i kwiaty, a także wachlarze ze scenami z starożytnej opowieści o księciu Promienistym (Genji Monogatari). Oprócz tego wóz ozdobiony jest cennymi dywanami z Indii i Turcji. W miejscu ekspozycyjnym Tsuki Hoko można zobaczyć jeden z najcenniejszych skarbów - perski dywan z Lahore pochodzący z XVII w. 

Gdy w kręgu kultury zachodniej wierzy się, że na księżycu mieszkają starzy ludzie, albo jest on zrobiony z sera - tak dla Japończyków księżyc zamieszkują białe króliki. Dlatego możemy podziwiać śliczne rzeźby królików przy szczytach dachowych wykonane przez siedemnastowiecznego artystę Hidariego Jingoro.

10. TORO YAMA (蟷螂山)
Tourou Yama nazywana wcześniej też Kamakiri Yamą (modlącą się modliszką) - obydwie nazwy odnoszą się do mechanicznej rzeźby modliszki stojącej na dachu. Czemu modliszka? Starożytne chińskie przysłowie sławi odwagę modliszek i mówi, że "nawet jeśli modliszka nie jest w stanie zatrzymać wozu zaprzężonego w woły - to mimo to jest wystarczająco dzielna, by przynajmniej spróbować".

Ten azjatycki symbol odwagi i waleczności odnosi się do  czternastowiecznego, kiotyjskiego dostojnika Shijou Takasuke (四条 隆資). Pan Shijou trochę przeliczył się ze swoją siłą i na swojego rywala wybrał późniejszego shoguna - Ashikagę Yoshiakirę (足利義詮). Oczywiście nie skończyło się to dla niego dobrze. Na 25 lat po jego śmierci (1367 r.) jego rodzina, która zamieszkiwała przy Czwartej Aleji w Kioto - sprezentowała festiwalowi tą oto platformę, która była trochę jak policzek wymierzony ówczesnym władzom. Zatem nie tylko sam Takasuke mógł pochwalić się odwagą godną modliszki.


Niestety oryginalny wóz został zniszczony przez pożar w 1864 r., rekonstrukcja przywrócona została w 1981 r. Na nasze szczęście oryginalna modliszka i wóz zaprzęgany w woły przetrwał i został odrestaurowany. Mechanizm poruszający rzeźbą został naprawiony i ten cud sprzed wieków może cieszyć Nas i teraz. Tamaya Shōbei IX jest jedynym żyjącym Mistrzem Marionetek Karakuri i rokrocznie przyjeżdża do Kioto z Nagoyi, aby zająć się poruszaniem modliszką.

11. ABURATENJIN YAMA (油天神山)
Nazwa tej platformy odnosi się do bóstwa w niej czczonego, czyli już raz omawianego Tenjina (staruszek jest bardzo popularny ;), a także miejsca przechowywania wozu, czyli ulicy Aburanokoji. 

Jak widać jej wygląd jest dość skromny - dwie bramy torii, mała światynka, a także drzewo sosny i śliwy.

Mały posążek portretujący Sugawarę Michizanego znajdujący się w środku chramu należał do rodziny dostojników żyjącej w okolicy w czasach Heian (794-1185 r.) A ta informacja sugeruje, że Tenjin jest czczony tam już przez ponad tysiąc lat.

Zazwyczaj członkowie chounai decydują się na zamówienie replik posiadanych skarbów, aby wykorzystać je do ozdabiania platformy. Tymczasem chounai opiekujący się Aburatenjin Yamą postanowili zamówić gobeliny inspirowane "Damą z jednorożcem" z Cluny. Jak tłumaczą "tradycja Gion Matsuri polega na tym, aby zbierać i dzielić się tym, co jest najlepsze na świecie".

12. URADE YAMA (占出山)
Cesarzowa Jinguu podczas odprawiania wróżb

Nazwę tej platformy możemy przetłumaczyć, jako "wróż i idź" od słów wróżba "占い - uranai" i idź/wyjdź "出る - deru". Skąd takie miano?

Otóż na wozie przedstawiona jest scena, w której bierze udział cesarzowa-szamanka Jingū. Żyła ona w III w. i jest postacią na poły legendarną. A już jej historia ma bardzo wiele wspólnego z niesamowitą baśnią. Swoje władanie zaczęła w 201 r., przyjmując nowe imię (神功皇后 Jingū-kōgō - wcześniej prawdopodobnie nazywała się Okinagatarashi-hime 息長帯比売). Widzimy, jak łowi ryby, prosząc bogów o proroctwo. Przez liczbę ryb, które miała złowić mogła dowiedzieć się, czy jej podróż do królestwa Silla (obecnie jest to część Korei) miała zakończyć się sukcesem czy porażką. Wedle starożytnej japońskiej kroniki podobno cesarzowej z bogami u jej boku udało się podbić zamorskie królestwo bez walki i po trzech latach powróciła da kraju, przywożąc bogatą daninę. 
Z jej historią powiązane są też dwie inne platformy - Fune Hoko i Oofune Hoko, pokazujące jej morską podróż do i z Silla. Co najciekawsze - według kronikarza przed podróżą zaszła w ciążę z poprzednim cesarzem, który niedługo potem zmarł, a dziecko urodziła dopiero po powrocie... Był to zdrowy chłopiec, który potem został cesarzem Ojinem deifikowanym, jako bóstwo Hachiman.

Z tego też powodu sama Jingū postrzegana jest, jako opiekunka kobiet w ciąży i porodów, a specjalne amulety w tej intencji można zakupić na stoisku przy skrzyżowniu ulic Karasuma oraz Nishiki Koji. Przez stulecia arystokratki, które zostały pobłogosławione bezproblemowym porodem i zdrowymi noworodkami w podzięce oddawały boskiej cesarzowej swoje cenne kimona. Wiele z nich można zobaczyć w punkcie przy platformie.


Jako, że miałam pecha i nie uczestniczyłam w paradzie - wiele zdjęć jest zaczerpniętych z internetu. Informacje czerpałam głównie z przewodnika po Gion Matsuri, który darmowo dostałam w punkcie informacji turystycznej. Ale ze względu na to, że o samych platformach było tam niewiele ciekawostek - posiłkowałam się stronami takimi jak:
https://en.wikipedia.org
http://gionfestival.org (bardzo dokładny opis całego festiwalu)
http://en.gigazine.net/news/20090717_gion_yamaboko01/ (bardzo dużo zdjęć z parady)
https://www.kyokanko.or.jp/gion/ichiran.html (strona po japońsku)

Jako, że w czasie szukania informacji ten artykuł bardzo się rozrósł to czeka nas jeszcze jedna część o wozach na Sakimatsuri, a takze część 3 o wozach na Atomatsuri :) Poprzedni artykuł możecie znaleźć tutaj: "Gion Matsuri (祇園祭り) część 1".

środa, 31 sierpnia 2016

Ty, który wchodzisz... czyli praca w fabryce


Dzisiaj opowiem Wam o doświadczeniu, jakie wyniosłam z fabryki Mitsubishi Denki w Shizuoce, gdzie pracowałam od marca do maja. Jest jedną z trzech, jakie wykonywałam, więc na tej podstawie sporządziłam mały ranking. W poniższej tabelce możecie zobaczyć ocenę owej pracy w sześciu kategoriach - omówię je poniżej, ale przede wszystkim opiszę swój dzień pracy oraz to jak udało mi się ją znaleźć :) 


Poziom języka japońskiego
☆☆☆☆
Poziom języka angielskiego
★★☆☆☆
Dni wolne
★★☆☆☆
Zarobki
★★★★
Atmosfera
★★★☆☆
Trudność
★★★★


Zacznijmy od początku

Przyleciałam do Japonii w lutym i od razu zaczęłam szukać mieszkania, bo to była dla mnie najpilniejsza kwestia. W międzyczasie szukałam też pracy, korzystając z darmowych gazet z ofertami pracy (więcej info na zaprzyjaźnionym blogu TUTAJ) oraz wykorzystując pośredników pracy (o tym pisałam TUTAJ). Udało się nie bez pomocy. Znajomi poznani w Shizuoce pomagali mi najpierw w znalezieniu odpowiednich ofert w pośredniaku (pod względem wypłaty, moich preferencji oraz "gaijinoprzyjazności" miejsca pracy), wiele z nich odpadło już we wstępnym etapie selekcji. Potrzebowałam też pracy "na już", bo pieniądze topniały mi błyskawicznie - jestem antytalentem w planowaniu wydatków. Dziwię się jak w ogóle udało mi się przetrwać ten okres. Zasługa na pewno nie jest po mojej stronie, ale ludzi, którzy wyciągnęli do mnie rękę, gdy tego potrzebowałam. Jeden z nich - Japończyk K. - dzwonił do wybranych firm w moim imieniu i jemu zawdzięczam rozmowy kwalifikacyjne, na które udało mi się umówić. Ja w tamtym czasie byłam świeżo po zdaniu N3 w grudniu, ale nie miałam jeszcze wyników, a mój mówiony japoński daleki był od ideału. Ledwie dało się mnie zrozumieć, gdy dukałam, bez przerwy przerywając i korzystając ze słownika. A rozmowy w cztery oczy zawsze są łatwiejsze, niż telefoniczne.

Zatem wylądowałam na rozmowie kwalifikacyjnej w hakengaisha, powypełniałam tabelki, ankiety i co tam mieli ciekawego. Pogadałam sobie, dostałam kubek zielonej herbaty, miło było. I tak jak u nas na koniec rozmowy dostałam wiadomość, że jak będą zainteresowani to zadzwonią. Czekałam tak długo, że aż straciłam nadzieję i myślałam na poważnie nad powrotem do Polski. Ale... W końcu... Dostałam telefon! Na kolejne spotkanie z pośrednikiem >.< Zabrał mnie do restauracji szybkiej obsługi i zapłacił za moje picie, a spotkanie zostało zorganizowane w celu omówienia warunków pracy. Lista różnych rzeczy, o których on musiał mi opowiedzieć, a ja odznaczyć je na liście. Gdy już na wszystko się zgodziłam i fajnie, fajnie - on postanowił umówić się na kolejne spotkanie. Tym razem w celu pokazania mi mojego przyszłego miejsca pracy.

Jakie było moje pierwsze wrażenie?


Nigdy nie sądziłam, że wyląduję w więzieniu

Dokładnie takie. Nigdy wcześniej nie zwiedzałam fabryki, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Jak już to oczyma wyobraźni widziałam obrazy, jak z filmu "Wkręceni", czyli sielanka kompletna. No bo Japonia, taka nowoczesna i przyjazna... Ta... O naiwności xD Zajechaliśmy sobie na parking, który widać na zdjęciu na szczycie artykułu. Ja zostałam przy samochodzie, pan pośrednik poszedł coś tam dogadać. Tymczasem z megafonu leciała muzyczka i komendy... Właśnie trwała poranna rozgrzewka. Na środku placu jakiś pracownik cisnął na skakance, inny się rozciągał. Nie wyglądało strasznie i próbowałam się pocieszać, że może nie będzie tragedii. Dostałam buty na zmianę, czapkę z daszkiem oraz ochronną kurtkę i mogliśmy wejść do środka. Ciemnawo tak jakoś, hala bardziej przypominała scenerię z horrorów, albo filmów sensacyjnych. Ponura jak nie wiem. Pokazano mi jakieś urządzenie tuż przy wejściu, na które musiałam stanąć i potem nacisnąć guzik, aż nie zaświeci się kropka na zielono. Wytłumaczono mi, że tak będę robić co rano, a potem kółkiem będę musiała odznaczyć się na liście. Po co? Tego już nie wiem. Przeszliśmy dalej. Tam pokazano mi "niewolnicze bransoletki", które też trzeba założyć na nadgarstek, podłączyć i nacisnąć guzik, a potem się odznaczyć. Kolejna lista obecności (trzecia już) na stawianie tym razem kresek na tablicy z ogłoszeniami.

Jak wyglądała hala, w której miałam pracować? Bardzo duża, pięć linii z taśmami, po których przesuwały się zielone płyty, w które pracownicy wciskali kable, czipy itp małe pierdółki. Wpatrzeni w to, co robią wyglądali trochę jak zombie. Myślałam, że są tak skupieni na swoim zadaniu, że nawet nie zauważyli naszej wizyty (później okazało się, że to bzdura, ale o tym za chwilę :P) Na pytanie, co sądzę o swoim stanowisku pracy... Musiałam mieć bardzo niewyraźną minę, bo widziałam, że w moje "w porządku" nie uwierzył. Jednak pomimo, że wszystko mnie tam przytłaczało - uparcie powtarzałam, że biorę tę robotę. Tylko na miesiąc, co od razu dodałam, bo nie uważałam, że wytrzymam tam dłużej.


Pierwszy dzień pracy, później tydzień, miesiąc i dwa

Stało się inaczej. 

Chociaż dość miałam już pierwszego dnia. Mimo, że poprzedniego dnia otrzymałam instrukcję, z którego przystanku mam wsiąść w autobus i gdzie wysiąść to okazało się, że mój opiekun... pomylił i autobusy, i nawet stacje. Mój autobus odjeżdżał spod stacji Shizuoka, a ja zostałam wysłana przystanek dalej do Higashi-Shizuoka. Na szczęście przyjechałam tam znacznie wcześniej i wystarczająco szybko zrozumieliśmy, że do pracy raczej nie dojadę, więc musiałam wysiąść i poczekać, aż zostanę odebrana samochodem. W Polsce nie ma takich firm, nikt nigdy nie kłopotałby się opieką do tego stopnia. A dla mnie było to bardzo wygodne, bo zupełnie nie wiedziałam gdzie zostałam wywieziona, ani gdzie znajduje się moja praca.

Później wcale nie było lepiej. Dostałam mundurek - siatkę na włosy, bluzę, spodnie, czapkę i dwie pary butów. Wszystko okropne, bo całkiem plastikowe i nie przepuszczające powietrza. I nie było nawet mowy, że mogłabym nosić coś innego... Oprócz bezustannego pocenia się, nogi się obcierają i zaczynają zwyczajnie śmierdzieć. Najgorzej było jak zaczęły się podnosić temperatury. Bezustannie ignorowałam polecenia, abym nie podwijała rękawów. W dodatku koleżanka-Japonka, która poszła za moim przykładem też dostała burę. Ja to zignorowałam, ona posłusznie zaprzestała "buntu". Ale to już jest maj, wróćmy do marca...

Wstawałam o 6.00, aby dojechać przed 8.00. Potem przebieranie się w mundurek (dostałam własną szafkę i miejsce na buty), potem odznaczenie na 3 listach, a na początek pracy - 15 min rozgrzewki. Z głośników leciała muzyka i damski głos wydający polecenia. Na początku trochę było mi głupio, bo w moim mózgu jedynym miejscem do ćwiczeń jest sala gimnastyczna, ewentualnie park, a raczej nie praca. Później zrozumiałam, że jest mi to jednak niezbędne do prawidłowego funkcjonowania. Co się działo następnie?  Pierwszego dnia mogłam poćwiczyć w osobnym miejscu. Miałam tablicę i 6 elementów, które musiałam umieścić w odpowiednich otworach w ciągu 15 s. Brzmi łatwo. Nawet było wykonalne, gdy tablica leżała w jednym miejscu. Jednak mój czas wahał się od 15-16 do 25 s. Tylko, że przy taśmie mam jedynie 15 s. I ani jednej więcej. Spóźniam się raz, drugi, trzeci i okazuje się, że "włażę" na osobę pracującą obok. Na szczęście mogłam wołać do pomocy lidera linii (ラインリーダー). Przez pierwszy tydzień niemal ode mnie nie odchodził. Było to strasznie frustrujące. Starałam się jak mogłam, ale jednoczesne używanie obu rąk i synchronizacja całkiem mi nie wychodziła. W końcu wypracowałam sobie własną metodę i zaczęłam się wyrabiać (ale odbiegało to od "najwłaściwszej metody", więc bez przerwy słyszałam "reprymendy", gdy mnie ktoś na tym przyłapał >.< Najbardziej irytujące było to, że ludzie, którzy mnie pouczali udawali, że ja nie wiedziałam jak mam to robić i od teraz oczywiście będę stosować "najwłaściwszą metodę"). Wystarczył mi tydzień, aby wbić się w rytm. Potem oczywiście od czasu do czasu zdarzały mi się gorsze dni, ale ogólnie wyrabiałam swoją normę. Ba! Po pierwszym miesiącu zaczęło mi się nudzić. Mogłam odchodzić od swojego miejsca pracy, porozciągać się, albo chodziłam wzdłuż linii, gdy zauważyłam, że brakuje jakiegoś elementu. Tak, że jeśli ktoś się na taką pracę zdecyduje to niech się nie załamuje na początku. Później będzie lepiej :)


Rutyna

Rutyna jest największą wadą tej pracy. Robi się prawie 2 tys tablic dziennie, a na każdej 6-7 elementów. Nawet jak się myśli o tym jak o grze to w końcu człowiek zaczyna się nudzić. W ciągu dnia też za bardzo nic się nie zmieniało. 6.00 pobudka, do 8.15 ćwiczenia, do 12.00 praca, pomiędzy 12.00 a 12.45 przerwa na lunch, potem praca do 15.00 i ćwiczenia przez 15 min. Koniec o 16.55, bo 5 min przeznaczonych jest na sprzątanie. No chyba że dostało się nadgodziny. To może się zdarzyć po przepracowaniu pierwszego miesiąca, wtedy też ja musiałam zmienić białą czapkę żółtodzioba na niebieską dla normalnego pracownika. Jak wyglądają nadgodziny? To może być dodatkowa sobota, albo dodatkowe 2h w ciągu normalnego dnia pracy. Wtedy po 15 min przerwy zostaje się do 19.15. Niestety nie jest tak jak w Polsce, że po przekroczeniu 40h pracy w tygodniu odbiera się je w następnym. Tu decydując się na nadgodziny ma się mniej odpoczynku. Z pracującą sobotą miałam tylko niedzielę wolną, a to za mało, żeby zregenerować baterie. Biorąc też pod uwagę, że dojeżdżałam 1,5h w jedną stronę i sama musiałam sobie robić lunche - po każdym dniu padałam na twarz. 8h albo 10h, kiedy stoi się jak kołek w jednym miejscu? Nogi zaczynają puchnąć. Bolą potwornie na początku. Do chodzenia nawet po 15h dziennie byłam przyzwyczajona, bo wcześniej miałam w Polsce taką pracę i do domu musiałam dojść 20 min od przystanku. A i tak nogi bolały. To całkiem, co innego. Jest ciężej. Poza tym bezczynność. Niby się pracuje, ale to tak nudne, że mózg nie poświęca temu zadaniu wiele uwagi. Najbardziej męczyło mnie to, że nie mogłam wykonywać w tym czasie żadnego innego zadania - oglądać tv czy choćby słuchać muzyki (chociaż od czasu do czasu puszczali nam coś, co przypominało podkład muzyczny z gier typu Mario Bros z lat 90.). W dodatku w fabryce pracuje zespół ludzi - jest się elementem całości, więc trudno brać wolne. A z drugiej strony ma się te same dni wolne, co reszta narodu japońskiego typu Goldeen Week itp.


Pensja i udogodnienia

Ja zarabiałam 1050 yen na godzinę i 1300 yen za godzinę w czasie nadgodzin. Już sama pensja podstawowa w takim rozrachunku wynosi trochę ponad 200 tys yen. A jeśli dodać do tego nadgodziny, które można brać nawet 2 razy w tygodniu... To człowiek może dojść do ok 250-270 tys. To dużo. Tylko jest jak zombie :P Co jeszcze ma do zaoferowania fabryka? Zazwyczaj zwracają cały koszt lub tak jak w moim przypadku część kosztu dojazdu do pracy. W Japonii to podstawa, po której można rozpoznać pracę "wartą zachodu" od byle jakiej. W rozmowach z koleżankami dowiedziałam się też, że możliwe jest staranie się o mieszkanie wynajmowane od pracodawcy. Jest ono wtedy znacznie bliżej miejsca pracy (ok. 15 min spacerkiem) i koszty są też mniejsze. W dodatku japońskie fabryki, które narzekają na brak rąk do pracy bardzo chętnie zatrudnią też pracownika na umowę o pracę, a co za tym idzie - chętnie przejdą z takim z wizy zwiedzaj i pracuj na normalną wizę pracowniczą. Jeśli ktoś planuje zostać dłużej, niż rok to to jest niezły wybór.


Plusy
Minusy
  •  dobra pensja (człowiek utrzyma się bez problemu, a i jeszcze na wycieczkę starczy)
  • znajomość języka japońskiego wystarczy na minimalnym poziomie
  • język angielski komunikatywny - jeśli nie znamy japońskiego to inni obcokrajowcy tam pracujący wprowadzą nas w nasze zadania. W mojej pracy byli głównie Filipińczycy, ale też Brazylijczycy i Chińczycy.
  • możliwość dostania tańszego mieszkania
  • praca z godzinami w pełnym wymiarze
  • zwrot całych albo częściowych kosztów za dojazd
  • dobra atmosfera pracy - pracuje wiele bardzo różnych ludzi, więc każdy znajdzie kogoś z kim  się dogada
  • unormowane godziny pracy

  • mała ilość osób japońskojęzycznych, bo większość to imigranci, więc trudniej ćwiczyć język
  • trudno o branie dodatkowego wolnego poza dniami ustawowo wolnymi
  • praca jest ciężka i nudna


A Wy co o tym myślicie? Dalibyście radę? Czy taka praca całkiem znajduje się poza kręgiem Waszych zainteresowań?

środa, 24 sierpnia 2016

Jak zostać maiko (choć na chwilę)?

Gejsze to, oprócz samurajów, jeden z najbardziej rozpoznawalnych znaków Japonii. Każdy je kojarzy - jedni mniej, inni bardziej. Są przede wszystkim symbolem Kioto, gdzie do tej pory jeśli ma się ogromne szczęście to można spotkać je przechadzające się po wąskich uliczkach dzielnicy Gion. Chyba większość japonofilek i japonofili chciałoby mieć możliwość spotkania z "prawdziwą gejszą", co jest rozrywką dość drogą. Innym marzeniem, zwłaszcza damskiej części, może być chęć wcielenia się w takową sztukmistrzynię (wolne tłumaczenie słowa geisha 芸者, czyli 芸 sztuka i 者 osoba). I właśnie o tym chciałbym dzisiaj napisać.

Będąc w Kioto odwiedziłam bowiem studio fotograficzne, które wśród swoich usług miało możliwość pozowania w strojach oiran (花魁), maiko (舞子), czy gejszy (芸者). Jako, że charakterystyka poszczególnych trzech grup artystek zabrałaby za dużo czasu to skupię się przede wszystkim na różnicy w stroju (odnośniki do artykułów z wiki na dole).
Udało mi się znaleźć w internecie idealny obraz ukazujący owe różnice.

 Oiran
Jak widać strój oiran jest najbardziej barwnym i ozdobnym. Z tego powodu o nich mówi się jak o kolorowych kwiatach, a o gejszach jak o skromnych wierzbach. Kimono oiran może się składać z kilku, bądź kilkunastu warstw, a jego wzory były bogate w wyszukane ornamenty. Wiązały pas obi z przodu, co miało pomóc im w szybkim zdejmowaniu i zakładaniu stroju. Poza tym nosiły buty na znacznie wyższym koturnie, nawet od maiko. Ich fryzura też przyćmiewa ozdobnością, nawet maiko. We włosy mają wpiętych osiem albo więcej szpil i grzebieni. Twarz podobnie jak maiko i gejsze mają pobielone, ale czerwienią malują tylko dolną wargę.



Maiko


Kimono maiko również ma piękne wzory, ale nie nosi ona aż tylu warst, co oiran. Pas obi ma związany z tyłu tak, aby jego koniec swobodnie zwisał, niczym ogon egzotycznego ptaka. Włosy są kunsztownie związane i ozdobione spinkami w kształcie m.in. kwiatów. Buty są na wysokim koturnie, bardzo utrudniają ruch. Twarz jest pobielona, a usta pomalowane na czerwono.


Gejsza



I gejsze! Kiedy przeciętny zjadacz chleba o nich myśli to w wyobraźni widzi jednak obraz maiko, a to jest jednak różnica. Stój gejszy jest najskromniejszym z całej trójki. Ich kimono czy fryzura nadal są ozdabiane i kunsztowne, ale nie są już tak bogate, bowiem gejsza jest już pełnoprawną artystką, a nie artystką na szkoleniu jak maiko i nie musi już ozdobami maskować braków w warsztacie. Również malują twarze na biało, a usta na czerwono. Ich kimono dobierane jest według zasad okitsuke, czyli wedle okazji i pory roku.


Sesja zdjęciowa

Na sesję najlepiej się umówić przez internet, bądź telefonicznie, bo w szczycie turystycznym możemy być zmuszeni czekać na swoją kolej. A tego nie chcemy, gdyż temperatury w Kioto latem sięgają ok. 32-38 stopni. W dodatku jest duszno, a w lipcu trwa pora deszczowa tsuyu, więc może jeszcze padać. Ja skorzystałam z zakładu "Maika" w Gion, gdyż mieli sezonową obniżkę cen ^^ Jako, że był to lipiec i ostatnie kilka dni padało, a i w dniu, w którym tam poszłam bywało dość pochmurnie to nie kłopotałam się rezerwacją. Nie spodziewałam się oblężenia tego miejsca. Okazało się, że się myliłam i niewiele brakowało. Oprócz mnie kręciło się sporo klientów. 
Pierwsze, co musiałam zrobić to wybrać plan. Który strój chciałam założyć, a także ile zdjęć/płyt potrzebowałam oraz czy chciałam wyjść poza studio, skorzystać z usług riksiarza? Z tego, co zauważyłam to tylko w "Maice" posiadają tak rozbudowany podział, gdzie najtańsza z metamorfoz w promocji wynosi ok. 250zł. Na polskie standardy to dużo, ale według mnie naprawdę warto. Samo doświadczenie jest bardzo ciekawe, a pamiątka na całe życie bezcenna. Ja wybrałam plan za 10 000 yen (ok. 380 zł), gdzie oprócz pełnej stylizacji dostawałam 4 wydrukowane zdjęcia oraz mogłam wyjść na spacer poza obszar studia. Żałuję teraz, że nie spytałam, czy mogłabym zrobić kilka zdjęć podczas metamorfozy, ale byłam zbyt przejęta. Wybaczcie :P

Jak już zdecydowałam, że chcę zostać maiko to zaprowadzono mnie na piętro, gdzie mogłam schować swój aparat fotograficzny, portfel, telefon itp cenne rzeczy do szafki na kod stojącej na korytarzu. Potem weszłam jeszcze wyżej do pokoju z kimonami, gdzie jedna z dziewczyn z obsługi pokazała mi, z których kimon mogę wybierać. To chyba było najtrudniejsze zadanie. Najładniejsze fioletowe kimono było już zajęte, ale kusiło mnie na równi jeszcze czerwone i złote. Kiedy przeszłam przez tą próbę - poszłam do przebieralni. Dostałam bieliznę pod kimono, ale niestety mój stanik nie nadawał się do noszenia, bo by wystawał. Odsłaniana jest część ramion i plecy, więc należy dobrać sobie taki, aby pozostał ukryty - najlepiej jakiś sportowy, który jeszcze dodatkowo spłaszczy :P W dodatku szafka w przebieralni nie była darmowa, więc należy sobie przygotować 100 yenówki (z tego, co pamiętam to potrzebne są dwie). W kimonowej bieliźnie i tabi na stopach szukamy kogoś z obsługi.

Kolejny etap to makijaż, a na który ja musiałam poczekać, bo obydwie makijażystki były zajęte. Na szczęście niedługo i już siedziałam na niskim stołeczku. Musiałam niestety zdjąć okulary, a nie przygotowałam szkieł kontaktowych, więc cała przygoda stała się dość zabawna. Pani makijażystka pędzlem jak do malowania ścian pomalowała moją twarz, szyję i plecy białą farbą, a potem wyregulowała kredką i pędzlem moje brwi, na czerwono pomalowała usta. W kąciku oczu też namalowała mi czerwone kropki. Efekt był niesamowity. Moja twarz straciła trochę na ostrości, nie wyróżniała się też tak swoją europejskością. Spodobało mi się bardzo :D

Potem fryzjerka założyła mi pół-perukę, gdzie aby nadać jej bardziej naturalny wygląd wczesała część moich włosów. Całość ozdobiła kanzashi.

Tak przygotowana mogłam iść na sesję fotograficzną. Pani fotograf działała mega sprawnie i szybko. Sesja w studiu nie trwała długo, a zdjęcia które potem dostałam mimo wszystko wyglądały genialnie. Kobieta zna się na tym, co robi. Upozowała mnie i wydawała proste instrukcje: patrz tu, odwróć głowę, pochyl ramię do przodu itp. Nie pamiętam, czy mówiła po angielsku, ale ja do wszystkich mówiłam po japońsku, więc możliwe, że mi też po japońsku odpowiadała. Dostałam 4 zdjęcia z sesji - jedno z parasolem, dwa z wachlarzami (wygląda jakbym tańczyła) i jedno jak klęczę prezentując rękawy. Są tak ładne, że do tej pory nie potrafię się na nie napatrzeć :P Mam wrażenie, że PhotoShop tam musiał pójść w ruch, bo wątpię, żebym aż tak ładnie mogła wyjść na zdjęciu xD Zrobiła mi też kilka zdjęć moim własnym aparatem i te już nie były, aż tak olśniewające stąd powyższy wniosek :P Ale może się mylę i miała lepsze warunki w środku studia? Bo te robione moim aparatem były już w holu i na zewnątrz. Obok jest jedno z nich.
Po zakończonej sesji z fotografem mogłam w obstawie wyjść na zewnątrz. I tu zaczęła się ta zabawna część. Po pierwsze brak okularów. Jestem ślepa jak kret bez nich, o czym uprzedziłam moją przewodniczkę. Musiała mnie ostrzegać przed nierównościami terenu, a także łapać, gdy jednak mimo wszystko, na czymś się potknęłam ^.^; Zadania wcale nie usprawniały mi te buty na wysokim koturnie. Są ścięte z przodu i bardzo łatwo, naciskając na palce, polecieć na twarz. Oczywiście moja towarzyszka miała za zadanie robić zdjęcia podczas tego spaceru, ale ona raczej nie była zawodową fotografką. To bardziej ja przejawiałam inicjatywę, co do pozowania. Ona bardziej pokazywała mi trasę do i z świątyni, która była w moim palnie. Ale mimo to kilka zdjęć jest naprawdę ładnych :)

Co mogę jeszcze powiedzieć? Jedna z najlepszych rozrywek w Japonii, a może nawet najlepsza. Pamiątka na całe życie, a może i jeszcze dłużej - moje wnuki będą miały się, czym chwalić xD Ja polecam gorąco każdemu, kto się do Japonii wybiera. A wy co o tym myślicie? Może ktoś już próbował, albo zna inne studio?


Ceny


Maika
Yumekoubou
Kireikan
Oiran
9,000 (8,000) - 36,000 (24,000) yen
10,800 yen
13,000 yen
Maiko
7,500 (6,500) - 42,000 (30,000) yen
10,260 yen

Gejsza
9,000 (8,000) - 36,000 (24,000) yen
13,500 yen


Więcej o oiran, maiko i gejszach:
Oiran 
Gejsza 
Maiko 

Biuro podróży HIS Poland, które również oferuje kontakt z studiami w Osace i Kioto:
studio w Kioto
studio w Osace 

Bezpośrednia strona studiów z Osaki i Kioto:
Kireikan w Osace (niestety tylko po japońsku =.=)
Yumekoubou w Kioto (strona po angielsku)
Maika w Kioto (ang.)


środa, 17 sierpnia 2016

Gion Matsuri (祇園祭り) część 1

Yasaka Jinja w Kioto (八坂神社, 京都)
Gion matsuri... 

... czyli 祇園祭り z Kioto jest jednym z najbardziej znanych i największych festiwali japońskich. Już jego długość - trwa bowiem cały lipiec - robi wrażenie. W tym czasie jest dostępnych wiele wydarzeń z nim związanych. Główne z nich odbywają się w chramie Yasaka Jinja (八坂神社) oraz dzielnicy Gion (祇園), chociaż całe Kioto poddaje się festiwalowemu nastrojowi. Ze względu na swoją długość podzielony on jest na dwa okresy "wczesnofestiwalowy" (saki matsuri 前祭) i "pofestiwalowy" (ato matsuri 後祭), a dniem kulminacyjnym tych okresów jest 17 i 24 lipca, gdy odbywa się parada trzydziestu trzech wozów. Inną nazwą tego festiwalu (albo drugim festiwalem odbywającym się w tym samym czasie) jest Festiwal Składanych Parawanów, czyli Byoubu Matsuri (屏風祭). Można wtedy podziwiać pięknie zdobione składane parawany i oraz inne skarby, które były dziedziczone przez wieki i są wystawione na widok publiczny.

Źródło

W 869 roku w czasie, gdy stolicą Japonii było Kioto - kraj został dotknięty okropną plagą. W nadziei na ratunek z niebios ówczesny cesarz wysłał posła do chramu Yasaka i nakazał rozpoczęcie intensywnych modlitw w tej intencji. Polecił również ustawienie 66 halabard reprezentujących 66 prowincji w kraju. Dlaczego wybrano akurat ten chram? Wierzono bowiem, że czczony w niej Gozu-Tennou (牛頭天王) to inaczej nazywany Brat Bogini Słońca (Susanoo No Mikoto 素戔嗚尊) i jego duch pozostawał w kilku świętych powozach należących do chramu. Miał on też mieć szczególną moc mogącą zwalczyć zarazę, dlatego owe powozy zostały zaciągnięte przez młodych mężczyzn do centrum miasta, a także do pobliskich gospodarstw. W efekcie rytuałów lud został pobłogosławiony i plaga odpuściła. Z wdzięczności Kiotojczycy postanowili w roku 970, że od tej pory przeprowadzać będą tą ceremonię, co roku. Jedynie wojny w późnej części XV wieku uniemożliwiły im kontynuowanie tradycji.

Ludzie od początku starali się dodać atrakcyjności widowisku parad wozów. W okresie rządów Tokugawów w XVII wieku zostały one ozdobione skarbami i ozdobami przywiezionymi z Chin, Persji, Korei, Holandii, Francji i wielu innych krajów.

Plan przebiegu festiwalu

Przed wyjazdem do Kioto szukałam długo planów przebiegu Festiwalu Gion, ale wszędzie podawano tylko ogólne informacje. O tym kiedy odbędą się parady dowiedziałam się tuż przed wyjazdem, więc niestety nie mogłam wziąć w nich udziału :( Większe i mniejsze wydarzenia odbywają się przez cały miesiąc lipiec, ale oto lista tych najważniejszych:


Sakimatsuri 前祭
Atomatsuri 後祭
2 lipiec - Kujitori-Shiki (くじ取式)

Jest to ceremonia losowania kolejności wozów, które przejadą podczas parady. Odbywa się w obecności burmistrza Kioto oraz organizatorów festiwalu.

21-23 lipiec Atomatsuri Yoiyama (後祭宵山)
Kolejny zestaw platform przystrojonych latarniami możemy oglądać na ulicach Kioto. Tak samo jak wcześniej mamy też możliwość podziwiania ozdób, jakie zostaną później na nich wykorzystane w specjalnie przygotowanych do tego pomieszczeniach.

10 lipiec, południe - Omukae-Chouchin (お迎え提灯)

"Latarnie Powitalne" - parafianie chramu Yasaka wychodzą z latarniami zawieszonymi na długich bambusowych kijach na powitanie świętych powozów.

10 lipiec - Mikoshi-Arai (神輿洗)

"Rytuał oczyszczenia świętych powozów" - Najważniejsze powozy, nazywane mikoshi, jeszcze przed ozdobieniem zostają przyprowadzone nad brzegi rzeki Kamogawa przy moście Shijou, gdzie główny kapłan dokonuje ceremonii oczyszczenia.

24 lipiec, godz. 9.30 Atomatsuri Yamahoko-Junkou (後祭山鉾巡行)
"Parada platform" - Parada 10 platform odbywa się wzdłuż ulic Oike, Kawaramachi oraz Shijou.

24 lipiec Hanagasa-Junko (花傘巡行)
"Parada parasoli ozdobionych kwiatami"

24 lipiec Kankousai (還幸祭)
"Procesja świętych palankinów" - Ok. godz. 17.00 trzy mikoshi zostają poniesione na ramionach młodych mężczyzn do Yasaka Jinja.

14-16 lipiec - Sakimatsuri Yoiyama (前祭宵山)
Chodniki oraz festiwalowe platformy są pięknie ozdobione latarniami. Wieczorami są one oświetlane, a gra muzyków z wozów rozbrzmiewa w powietrzu. Przy każdym powozie jest przygotowany pokój, w którym można zobaczyć skarby, jakimi będzie ozdobiona podczas parady. Na niektóre jest też możliwość wejścia za odpowiednią opłatą. 

28 lipiec Mikoshi-Arai (神輿洗)
"Rytuał oczyszczenia świętych palankinów" - Oficjalne zakończenie festiwalu Gion. Mikoshi są przeniesione nad rzekę przy moście Shijou i dokonuje się ceremonia oczyszczenia. Potem z powrotem odniesione zostają do chramu Yasaka i czekają tam do przyszłego roku na kolejne Gion Matsuri!

17 lipiec, godz. 9.00 Sakimatsuri Yamahoko-Junkou (前祭山鉾巡行)
"Parada platform" - Parada 23 platform prezentowana jest wzdłuż ulic Shijou, Kawaramachi, oraz Oike. Piękne dekoracje wyglądają jeszcze bardziej olśniewająco, gdy dopisze pogoda i jasne, letnie słońce.

17 lipiec - Shinkousai (神幸祭)
"Procesja świętych palankinów" - Ok. godz. 16.00 trzy mikoshi zostają poniesione na ramionach młodych mężczyzn od Yasaka Jinja. Każdy z nich uważa swoją pozycję za ogromny zaszczyt.





Trasa parady platform na Sakimatsuri 
Trasa parady platform oraz parady Hanagasa na Atomatsuri

Przed i po festiwalu? Odrodzenie tradycji

Tak jak wspominałam wcześniej Festiwal Gion możemy podzielić na dwa okresy: wczesnofestiwalowy i pofestiwalowy. Każdy z nich ma swoje własne parady platform i pochody z mikoshi.

Czas festiwalu w japońskiej tradycji to taka magiczna chwila, kiedy bóstwo zamieszkujące konkretną świątynię postanawia opuścić swoją samotnię i ruszyć do ludu. Aby tego dokonać kami (神 - bóstwo) ze świątyni głównej zostaje przetransferowane do świątynki przenośnej, czyli mikoshi. Festiwal rozpoczyna się, gdy bóstwo zmienia miejsce zamieszkania, a kończy kiedy wraca ono do oryginalnego. Zatem najważniejsze rytuały, jakie się wtedy odbywają to powitanie i pożegnanie kami. Główną rolę, wtedy gra mikoshi, która zostaje jego domem, aż do zakończenia święta. To w niej opiekuńcze bóstwo niesione na ramionach wiernych zwiedza swoją parafię. Ceremonia przyjścia kami to Shinkousai, a odejścia - Kankousai. W międzyczasie zanim wróci ono do siebie mikoshi ustawiona jest w miejscu zwanym Otabisho.

Podczas Gion Matsuri pochód z mikoshi każdorazowo jest poprzedzany paradą platform, niejako dla podniesienia radosnego nastroju obcowania z bóstwem. Parady sakimatsuri i atomatsuri różnią się nie tylko datami, ale trasami oraz wozami. Jednak nie zawsze tak było, mimo że to wielowiekowa tradycja. W czasie wzrostu ekonomicznego Japonii wzrastał także problem z korkami drogowymi. W roku 1966 roku obydwie parady zostały połączone i miały miejsce 17 lipca, aż do roku 2013. Jednak w roku 2014, aby dać zadośćuczynienia tradycji przywrócono paradzie jej oryginalny kształt. I teraz możemy oglądać to jak wyglądała przez 1000 lat.

Shinkousai i Kankousai


Platformy hoko i hiki yama
Ceremonia Shinkousai (przybywającego bóstwa) rozpoczyna się o 16.00 w Yasaka Jinja. O godz. 18.00 trzy mikoshi wyruszają niesione przez dzielnicę Ujiko, aby trafić do Otabisho, które znajduje się na rogu Shijou i Teramachi. Będą tam przebywać wystawione na widok publiczny, aż do 24 lipca. Tego dnia ok. godz. 17.00 pokonają drogę powrotną do chramu. Kiedy znajdą się na miejscu zostanie dokonana ceremonia Kankousai (odchodzących bóstw),

Festiwalowe platformy
Ogólnie dzielą się na dwa typy: hoko (鉾) - włócznia i yama (山) - góra. Hoko są większe i jest ich tylko 9. Ich waga dochodzi do 12 ton, a wysokość do 8 metrów (nie licząc ozdobnej włóczni, bo jej czubek znajduje się na wysokości ok 25 metrów!). Do zbudowania, ozdabiania, nawigowania i transportowania każdej z platform potrzeba ok. 180 ludzi! Mniejsze 23 platformy yama mają ok. 1,5 tony oraz wysokość 6 metrów. Do nich wystarczy ok 14-24 osób transportujących platformę. 

Same te suche liczby, a co za nimi idzie - ogrom pracy związanej z przygotowaniem wszystkiego, robią wrażenie. 

Jednak najbardziej znaczący jest fakt, że każda z platform opowiada własną historię. Symbolika ozdób zaczerpnięta jest z tradycyjnego japońskiego teatru, pieśni, wierszy. Każda ma też swoją nazwę.